09:30:31
2010-04-15
Po ostatnim policzku literackim jaki otrzymałem - tempo prac nad powieścią spadło zasadniczo, żeby nie napisać stanęło w miejscu.
Postanowiłem nie porywać się z motyką na księżyc i zmodernizować fabułę tak, żeby ostateczny kształt "Juliana i Jabłka" przybrał formę opowiadania- a właściwie zbioru opowiadań. Będzie to ta sama historia opisana z perspektywy różnych postaci . Mam nadzieję że każde opowiadanie będzie w wyraźnie odmiennej konwencji.
Pozdrawiam
21:03:07
2009-09-14
Szli już od dobrych czterdziestu minut. Przemierzali rozległe łąki, pastwiska i sady. Kierowali się w stronę domu dziecka. Na bezchmurnym niebie mieniły się tysiące gwiazd, nad horyzontem wisiał ogromny, czerwony księżyc. Słychać było tylko ich kroki. Julian był niezwykle pobudzony nocną eskapadą. Nie mógł pozwolić by przedmiot jaki otrzymał w krainie ścieżek magii dostał się w niepowołane ręce. Ewa nie znalazła przy nim żadnych rzeczy, choć była pierwszą osobą która pośpieszyła mu z pomocą. Dlatego chłopiec postanowił wrócić do klasztornego sadu i przeszukać okolice.
– Co to za historia z tym przedmiotem o który ciągle pytasz?– zapytał Grzesiek.– Zachowujesz się jakoś dziwnie – dodał po chwili bacznie przyglądając się opatrunkowi na skroni Juliana.
– Wiem że jesteście bardzo ciekawi, ale chciałbym żebyście najpierw zobaczyli go sami. Wtedy łatwiej będzie wam zrozumieć– odparł Julian. Doskonale wiedział że Ewa była równie ciekawa jak jego przyjaciel. Po kilkudziesięciu metrach ciszę przerwała dziewczyna:
– To bardzo źle że wymknąłeś się z pokoju po rynnie!– powtórzyła już chyba dwunasty raz Ewa.– Hrabina dostanie zawału gdy zauważy twoje zniknięcie!
– Mówiłem ci już tyle razy... Nikt nie zauważy, nie będą mnie niepokoić do białego rana– powiedział z przekonaniem Julian. Zastanawiał go upór dziewczyny, miał nadzieję że z wiekiem z tego wyrośnie. Nie wiedział nawet jak bardzo się mylił.
– Jak nie pozwolą ci wrócić do domu dziecka i spotykać się z przyjaciółmi będzie to tylko twoja wina Julianie!– powiedziała głośno Ewa przyśpieszając kroku. – Ale nie! Ty musisz znaleźć jakaś głupią zabawkę narażając nas wszystkich na nieprzyjemności! – Nie było żadnych wątpliwości, była zła. – I proszę nie mów nawet że możesz iść sam! Bo wszyscy wiemy że tak nie jest!– rozkrzyczała się dziewczyna.
– Jesteśmy prawie na miejscu!– sytuację uratował Grzesiek wskazując palcem na wzniesienie kilkaset metrów przed nimi.
Widok sprawił ze przeszły ich ciarki. Na wzgórzu otoczonym zamgloną doliną górował klasztor , okolica spowita była delikatna mglą. Blada poświata księżyca sprawiła, że budowla otoczona nagimi konarami drzew wyglądała niczym z koszmarów. Sad z tej perspektywy przypominał pradawne cmentarzysko.
– Cieszę się że idziemy tam razem– powiedział cicho Julian.
Wejście na wzniesienie zajęło im kilkanaście minut. Mieli przemoczone buty od nocnej rosy. Pomogli sobie wzajemnie przeskoczyć kamienny płot. Zaczął wiać bardzo lodowaty wiatr.
– Ale tu strasznie i zimno o tej porze – wyszeptała przerażona Ewa.
Serce Juliana zabiło mocniej gdy w blasku księżyca dostrzegł piękno jej ogromnych oczu i alabastrowej cery. Wyglądała przepięknie w tym świetle.
– Rzeczywiście – odparł młodzieniec proponując dziewczynie swoja kurtkę jako dodatkowe okrycie.
– Szukamy czy się ogrzewamy?– wtrącił zazdrosny Grzesiek wyciągając latarki z plecaka.
W ciszy przeszli kamienną ścieżką prowadzącą do centrum sadu. Jabłoń prezentowała się jeszcze bardziej tajemniczo niż za dnia. Bez słowa zaczęli przeszukiwać trawnik w pobliżu ogromnego drzewa. Zadanie utrudniały im setki liści pokrywających o tej porze roku sad. Gdy juz powoli tracili nadzieję że cokolwiek znajdą, Ewa zaczęła świecić latarką po konarach drzewa.
– Tam!– krzyknął podniecony Julian gdy światło padło na zakrzywiona gałąź znajdującą się trzy metry nad ziemią. Grzegorz z Ewą popatrzyli na siebie ze zdziwieniem, żadne z nich nie wypowiedziało nawet słowa. Chłopiec wspiął się przy pomocy drabiny, której najwidoczniej nikt nie schował, na pobliską gałąź. Zaparł się nogami, wyciągnął jak struna w kierunku miejsca oświetlonego przez koleżankę.
– Co robisz Julianie? Przecież tam nic nie... – utknął w pół zdania Grzegorz zauważywszy że jakiś dziwny przedmiot zmaterializował się właśnie w dłoniach Juliana.
Stali tak od dłuższej chwili z otwartymi ustami. Opowiedział im cała historię krainy ścieżek magii najbardziej zwięźle jak tylko potrafił. Za pewne żadne z przyjaciół nie uwierzyło by w ani jedno jego słowo, gdyby nie tajemnicza właściwość przedmiotu po który przyszli.
– Zrób to jeszcze raz!– powiedział zafascynowany Grzesiek. Julian wypuścił z dłoni zawiniątko. Widział jak upadło na trawnik.
– Niesamowite!– odparła wystraszonym tonem Ewa. – Cały czas je widzisz?
– Jak to możliwe że my nie?– zapytał Grzesiek.
–Wiem tyle co wy– powiedział Julian podnosząc przedmiot z ziemi. Przyjrzał mu się uważnie kolejny raz. Był to dziwny, bardzo delikatny zielony materiał. Pozawijany w skomplikowany i równomierny sposób. Tworzył formę koperty, na środku której spotykały się cztery rogi zasupłane w tajemnicze węzły. Julian wyczuł jakiś podłużny przedmiot znajdujący się w środku. Gdy zaczął zabierać się do odsupłania węzłów stało się coś dziwnego. Na powierzchni zielonkawego materiału zaczęły formować się lśniąco czarne napisy.
– „Uciekaj.” – przeczytała na głos Ewa obserwująca całe zjawisko. Nie minęła chwila gdy do ich uszu dobiegł warkot silników.
– Zróbmy lepiej jak jest napisane– odparł z powagą Julian. Postanowili schować się wśród konarów jabłoni. Gdy wszyscy byli już wysoko w koronie drzewa zobaczyli ośmiu mężczyzn, ubranych w garnitury, długie płaszcze i modne kapelusze, zbliżających się w ich stronę. W rękach trzymali pochodnie. Na samym końcu szedł mężczyzna w znanej już młodzieńcowi szarej szacie bez rękawów. Otoczyli w milczeniu drzewo na którym schowali się przyjaciele.
– Mam nadzieję że nie podpalą drzewa– wyszeptała przerażona Ewa.
Julianowi podskoczyło serce do gardła. Mężczyźni w płaszczach stali bez słowa oświetlając blaskiem pochodni okolice. W tym czasie szara postać szukała czegoś, tropiła. Podeszła do pnia dotykając go dłonią. Zaczęła szeptać coś pod nosem. Przeszła w stronę kamienia z wyrytymi znakami, kucnęła przy nim i dokładnie zaczęła analizować.
– Możliwe że runy się zatarły... Taaak. – Wysyczała w demoniczny sposób istota. Julian pozbył się wątpliwości że nie jest to zwykły człowiek.
– Panie co mamy uczynić z portalem?– odparł jeden z mężczyzn trzymających pochodnie. Stwór kolejny raz podszedł do drzewa. Oparł się o nie obydwoma rękami. Po czym powoli zaczął je wąchać.
– Wyczuwam dzieci!...Taaak!– wyskrzeczał – Możliwe że jakieś użyło portalu...Taaak! Cudownie!
Julian zbladł. Dostrzegł gęstą ślinę cieknącą z ust istoty.
– Czy nic magicznego nie opuściło krainy Panie?– zapytał kolejny mężczyzna trzymający pochodnię w dłoni.
– Nieeee! Cała magia tuuu!...Taaak, nic nie brakuje – wycharczał śliniący się stwór.
– To znakomicie! Roześlemy naszych szpiegów po okolicy, żeby ustalili które z dzieci ma magiczne właściwości– odetchnął z ulgą mężczyzna poprawiając kapelusz. – Ty Panie wyryj nowe runy –Tak jak każe przysięga!
– Tak jak każe przysięga!– powtórzyli głośno za nim pozostali mężczyźni.
Postać podeszła do kamienia. W tym czasie Julian mógł przyjrzeć się twarzy stwora. Była trupio blada, pokryta licznymi krostami. Z miejsc gdzie powinny znajdywać się oczy ziały straszliwe blizny. Stwór wyciągnął pięknie zdobione dłuto z za pazuchy - te same, które młodzieniec widział już w krainie ścieżek magii. Chłopiec mógł by przysiąc że postać tylko udaje że kreśli nowe znaki.
~~~~~~~~~~~~~~~~
Szablon wykonany przez:
Szablony Eunice~~~~~~~~~~~~~~~~